btw. Jak będę miał wolną chwilę to zrobię kilka fotek od siebie z okna. Centrum miasta, dookoła pietnastopiętrowe bloki, w tle jakiś niższy, na oko 10 pięter, a centralnie na środku, stara opuszczona kamienica stojąca na wprost znajdującej się po drugiej stronie ulicy mennicy.
Źródło: wiadomosci24.plWisiał tam dyskretnie, nie rzucając się w oczy. Ludzie przechodzili obok, wcale go nie widząc. No, bo kto w Warszawie, spiesząc się do swoich spraw, zadzierałby głowę, by spojrzeć na odrapaną ścianę starej, walącej się kamienicy?
Warszawska Wola. Właściwie już niemal centrum miasta. Dużo tu nowoczesnych budynków i strzelistych biurowców ze szkła i aluminium, z których w porze obiadu wysypują się grupki młodych ludzi w ciemnych garniturach i klasycznych garsonkach, okupując okoliczne bary i restauracje. Ot, takie choćby jak Folk Gospoda na rogu Grzybowskiej i Waliców.
Ale ten pejzaż nie jest jednorodny. Zgrzytają w nim stare i odrapane kamienice, pamiętające jeszcze czasy opisywane przez Singera, który akcję swoich powieści tak często umieszczał choćby przy Iron Street (nasza poczciwa ulica Żelazna) - o krok od wspomnianej Folk Gospody.
Młodzi ludzie, którzy spieszą, by zjeść szybki lunch (obiad brzmi zupełnie nieadekwatnie), rzadko spoglądają na te straszydła, bo tak między Bogiem a prawdą, to nie ma czego podziwiać. Kamienice straszą ślepymi oknami i szczerbatymi murami, a do bram lepiej nie zaglądać, zwłaszcza jeśli ma się na sobie drogi garnitur. Czasem jednak warto zadrzeć głowę, bo stare domy miewają swoje tajemnice, których nie dojrzysz wpatrując się w czubki własnych butów lub w spieszący się wiecznie zegarek.
Tajemnica drewnianego krzyża
Pewnego wiosennego dnia, kilka lat temu, szłyśmy z siostrą ulicą Waliców. Niespieszna, wiosenna przechadzka, bez celu i zobowiązań. Zajęte rozmową, zbliżyłyśmy się do Grzybowskiej, kiedy nagle siostra stanęła jak wryta i chwyciła mnie za rękaw: - Patrz!
Krzyż, którego już nie ma / Fot. Ewa OlejnikSpojrzałam we wskazanym przez nią kierunku - na ścianę starej, przedwojennej kamienicy, stojącej u zbiegu obu ulic. Mur, który wygląda tak, jakby był dawną ścianą wewnętrzną, pozostałą po oderwanym kawałku budynku. I właśnie na tej ścianie, mniej więcej pośrodku, wisiał sobie skromny, drewniany krzyż. Żadne dzieło sztuki, bardzo prosty, jeden z tych, jakie wiesza się (lub raczej niegdyś się wieszało) w sypialni nad łóżkiem, by przed nim zmawiać wieczorny pacierz.
- Że też go wcześniej nie zauważyłam! Ciekawe, od jak dawna tu wisi? - gorączkowałyśmy się, zdumione. Pytań było wiele. Czy krzyż powiesili ci, którzy mieszkali w oderwanej części kamienicy? Czy jako jedyny, niemy świadek, przetrwał wojenny kataklizm tego starego domu? A może ktoś powiesił go znacznie później, w sobie tylko wiadomym celu?
Siostra często nosi przy sobie aparat fotograficzny. Kilka strzałów migawką i krzyż został na zawsze już przytwierdzony do odrapanej ściany przedwojennego domu, tuż powyżej białej, ocienionej eternitowym daszkiem ściany śmietnika.
Zostało tylko zdjęcie
Od tej pory, ilekroć tamtędy przechodziłam, patrzyłam na ten samotny krzyż, zastanawiając się, jaką kryje w sobie historię. Szewc, który ma w tej starej kamienicy swój zakład, spytany o krzyż, wzruszył tylko ramionami. Krzyż? Na ścianie kamienicy? Nawet go nie zauważył...
Aż pewnego dnia krzyż zniknął. Nie wiem, kto go zdjął i dlaczego. Pomyślałam tylko, że jeśli naprawdę wisiał tam od czasów wojny, to jego zniknięcie po tylu latach tchnie dziwną ironią. Może przeszkadzał gościom Folk Gospody, która pod ścianą kamienicy umieściła swój wiosenno-letni "ogródek"? Może uznano, że nie będzie pasował do wielkich bilboardów, które zasłoniły sporą część ściany? A może ktoś tak bardzo go polubił, że postanowił powiesić go w swoim własnym domu? Wiele pytań, żadnych odpowiedzi...
Mnie zostało zdjęcie.
Autorka dziękuje swojej siostrze, Ewie Olejnik, za udostępnienie zdjęcia. A przede wszystkim za to, że ocaliła ten krzyż od zapomnienia.
Autor: Beata Biały
Artykuł: tutaj