Dzietność to temat, który bardzo źle się bada porównawczo, przyczynowo, ponieważ jak znasz operacjonalizację tego pojęcia dotyczy ono wysublimowanego agregatu - jednej płci w określonym przedziale wieku. Nie wiadomo czemu tak się przyjęło i czy słusznie, bo w takim ujęciu istota tego wskaźnika nie jest żadną dzietnością tylko rozrodczą wydajnością kobiet w wieku prokreacyjnym.
W każdym razie porównując to do czegokolwiek wychodzącego poza ten precyzyjny agregat (kobiety od 14 roku życia do 55 lat) otrzymuje się bzdury. Wyniki zmieniające się/przeczące sobie przy każdej zmianie metody.
Aktualnie męczę się nad podobnym badaniem w zespole. Chcieliśmy to odbębnić badając gotowe dane statystyczne i polegliśmy. Nauczycielka plotkuje o nas, że odkryliśmy, iż dzieci przynoszą bociany, a nawet tyle nie jest prawdą. Jak dotąd nam nie wyszło po prostu nic. Sprzeczne wyniki o stopniu istotności nie pozwalającym dokonywać przesądzeń, czy jest tak, czy siak.
Chcieliśmy ustalić, czy na dzietność wpływa komputeryzacja (korespondująca z zamożnością, ale nie tylko). Badania o komputeryzacji na analogicznym agregacie w ogóle nie istnieją, czy o czymkolwiek poza dzietnością, żeby sobie móc dokładać/wykluczać jakieś zmienne wpływające pośrednio.
W skrócie mówiąc z takiego badania o rozlazłych agregatach wynika, że o ile w Polsce ogólnie dzietność spada, to przyglądając się poszczególnym województwom, dzietność rośnie wraz z komputeryzacją... Ciekawa zagadka, co? Różnica polega na tym, że pomiar ogólnopolski mamy linearny, na przestrzeni lat, a województwa wzięliśmy sobie do sprawdzenia badaniem przekrojowym (nie mając nawet danych jak tam było wcześniej).
Przez krótką chwilę cieszyliśmy się, że chodzi o Item Effect, o którym mieliśmy na jakiejś metodologii i że da się z tego wybrnąć, jeśli zrozumiemy jego istotę. Ale jak się zaczęliśmy w niego wczytywać , to taką nowinkę w zakresie błędów medodologicznych wymyślono, wcale nie w oparciu o co innego jak, dzietność, a coś tam (analfabetyzm - dokładnie). Opisuje się, że tak właśnie jest (badanie wzdłuż czasu przeczące przekrojowemu), ale nie wyjaśnia przyczyny, tylko pokazuje, że tak wychodzi w badaniach z dzietnością... Masło, maślane, albo fatum nad wskaźnikiem, które nam niczego nie rozjaśniło, jak wybrnąć z paradoksu.
Może Tobie pójdzie lepiej. My toniemy z tym tematem.
Ciekawi mnie też jaką ramę teoretyczną sobie wybrałaś? Pierwotnie zaczęliśmy od konfiguracjonalizmu Ruth Benedict (przybył nowy element kultury jak komputery/internet, to automatycznie coś w tej kulturze musiało się zmienić np. dzietność), ale antropolog na socjologii nie przeszła i musieliśmy się przestawić na Ronalda Ingleharta (zmiana wartości po nasyceniu w posiadanie rodzin), którego trochę zjechałam za absurdalne uzasadnienia i może przez to też nie mamy żadnej pomocy merytorycznej, stojąc na przegranej pozycji.
Nie wiem, czy jakieś błędy z tego ominiesz, czy tylko dołożysz swoje, ale życzę Ci powodzenia

.