Źródło: wiadomosci24.plJeśli, drogi Czytelniku, masz dzieci w wieku szkolnym, dobrze wiesz, o czym piszę. Jeśli (jeszcze) nie masz, przeczytaj, byś wiedział, co Cię czeka za parę lat. I już dziś zaopatrz się w dużą ilość relanium. Albo zapisz na terapię.
Ja się chyba zapiszę. Od paru dni bowiem chodzę wściekła, a moje dzieci omijają mnie szerokim łukiem. Mąż zaproponował mi systematyczne łykanie magnezu, bo podobno świetnie działa w sytuacjach podwyższonego stresu. Nie pomaga mi nawet zgłębianie tajników jogi, choć czynię to ostatnio po kilka godzin dziennie za przyczyną tłumaczonej właśnie książki. Opisywany tam wszechogarniający spokój joginów, w którym to byt spotyka się z niebytem, wydaje mi się jakimś czczym wydumem. Ewentualnie luksusem zupełnie niedostępnym rodzicom dzieci w wieku szkolnym. Zwłaszcza we wrześniu.
Bo właśnie we wrześniu rozgrywa się kampania pod hasłem "Zdobądź podręcznik". Zdobądź. Nie kup. To znaczy, owszem, kup, ale najpierw zdobądź. Wytrop, wyszperaj, wystój w kolejce. Kupowanie jest dopiero ostatnim aktem tego dramatycznego procesu. W każdym razie, tak to właśnie wygląda w moim przypadku. Od ponad tygodnia biegam po mieście i zdobywam.
Wydanie piąte, poprawione
A zaczęło się nawet całkiem nieźle. Już od jakiegoś czasu na stronie internetowej zespołu szkół, do których uczęszczają moje dzieci, "wisiały" sobie listy podręczników. Po powrocie z wakacji wydrukowałam je więc z zamiarem dokonania stosownych zakupów. Z synem-licealistą poszło gładko. Sam pojechał na miasto i kupił co trzeba. Schody zaczęły się przy córkach - gimnazjalistce i uczennicy szkoły podstawowej.
Oczywiście, nie ma mowy, by Basia (młodsza) odziedziczyła książki po Zosi (trzy lata starszej). Co z tego, że obie szkoły są pod jednym dachem? Co z tego, że uczą ci sami nauczyciele? Nawet jeśli, przy odrobinie szczęścia, tytuły podręczników się zgadzają, to radość nasza trwa krótko. Zaraz okazuje się bowiem, że wydawca był łaskaw wypuścić na rynek nową wersję podręcznika lub zeszytu ćwiczeń i ten "stary" już się do niczego nie nadaje. Nawet jeśli jedyna różnica polega na kolejności zawartych w nim zadań.
Ruszam więc na polowanie. Uzbrojona w listy podręczników, odwiedzam najpierw punkty skupu i sprzedaży książek używanych. Przy okazji, dowiaduję się, jaki to rewelacyjny biznes. W mojej obecności dwóch młodzieńców w wieku gimnazjalnym sprzedaje swoje stare podręczniki. Dostają za nie około 2 złotych od sztuki. W chwilę później te same podręczniki lądują w torbie jakiegoś kupującego, tym razem za cenę... 15-20 zł za egzemplarz! Niektórzy to mają łeb do interesów! Inna ciekawa obserwacja wiąże się z zakupem "używanego" zeszytu ćwiczeń do matematyki. Używanego tylko z nazwy, bowiem jego poprzedni właściciel ograniczył się do podpisania książki (na szczęście tylko ołówkiem), resztę stronic pozostawiając w dziewiczej czystości. Nieuk? A może po prostu nauczyciel kazał nabyć zeszyt ćwiczeń, z którego nigdy później nie korzystał?
Potem przychodzi kolej na zwykłe księgarnie specjalizujące się w sprzedaży podręczników szkolnych. W Warszawie jest ich sporo, teoretycznie każda ma bardzo szeroką ofertę. Na miejscu jednak okazuje się, że gimnazjalne ćwiczenia do matematyki "jeszcze nie dojechały", nowe wydanie podręcznika do matmy dla IV klasy szkoły podstawowej "już wyszły", a z francuskim to w ogóle jest problem. Pytam, kiedy się pojawią te, co to "wyszły" i te, co "jeszcze nie dojechały". - Proszę się dowiadywać - rzuca sprzedawczyni i z obłędem w oczach pędzi do następnego klienta wymachującego wiadomą listą.
Gwardia umiera, ale się nie poddaje!
W międzyczasie presja rośnie. Dzieci wracają ze szkoły, jęcząc, że jeszcze nie mają wszystkich książek. Co surowsi nauczyciele karzą nieodpowiedzialnych uczniów (rodziców?) minusami za brak podręcznika. Okazuje się także, że zamieszczone na stronie internetowej listy były niepełne i wciąż pojawiają się kolejne tytuły, które koniecznie trzeba zdobyć.
A ja mam nerwy w strzępach. Codziennie pielgrzymkuję po księgarniach w nadziei, że ten koszmar wreszcie się skończy. W jedno popołudnie objechałam sześć (!) sklepów, stojąc w kolejkach, które jako żywo przypominały czasy PRL. W księgarni na Kredytowej ludzie dosłownie wyrywali sobie z ręki ostatnie egzemplarze. Ja się nie załapałam. Do domu wróciłam z połową tego, co miałam na liście.
Ale "kampania wrześniowa" wciąż jeszcze trwa. Nie poddam się tak łatwo. Przede mną cały piękny, słoneczny weekend, który mogę poświęcić na zdobywanie pomocy naukowych dla moich dzieci. Może inni będą w tym czasie zbierali grzyby lub opalali się na działce. Ja będę trwała na posterunku, tropiąc wydanie piąte poprawione podręcznika do czegoś tam. Powtarzając sobie w duchu słynne oświadczenie generała Cambronne'a. W wersji skróconej, rzecz jasna.*
* Kiedy w czasie bitwy pod Waterloo Brytyjczycy wezwali generała Cambornne'a do poddania się, miał on odpowiedzieć: La garde meurt, mais elle ne se rend pas! (Gwardia umiera, ale się nie poddaje!). Mniej oficjalna i krótsza wersja mówi, że odpowiedział po prostu: Merde! (A gówno!)
Autor: Beata Biały
Artykuł: tutaj